Wszystkie dzieci są zdolne

Dopiero zasiadając do napisania kilku słów podsumowania na temat książki „Wszystkie dzieci są zdolne” zauważyłam mały podtytuł: „Jak marnujemy wrodzone talenty”. Piszę to z pewną dozą rozczarowania, ale moim zdaniem podtytuł całkowicie zdominował tę pozycję i w moich oczach jest ona wylewem gorzkich żali na temat niemieckiego społeczeństwa, które nie dość dobrze dba o rozwój potencjału dzieci.

Ja podeszłam do tej publikacji dokładnie tak, jak nie powinno podchodzić się do dziecka: z pewnymi oczekiwaniami. Być może były one rozniecone opisem na okładce, a może tytuł cicho obiecał mi fantastyczną przygodę z nieznanymi mi jeszcze formami wspierania potencjału dzieci i bycia przy nich, gdy dokonują wielkich odkryć na temat świata i samych siebie. Nie bez znaczenia był fakt, że autor jest neurobiologiem, co dodatkowo wzbudziło moją ciekawość.

Jak można się domyślić, nie do końca znalazłam to, czego w niej szukałam.

Ale od początku. Bo początek akurat był bardzo obiecujący.

Po ciekawym słowie wstępu dr Marzeny Żylińskiej, autor książki wyraźnie zaznacza, że ujmowanie talentu jako nadzwyczajnych umiejętności czy niezwykłych osiągnięć jest dużym ograniczeniem, którego powinniśmy unikać. Na zdolności dziecka warto spojrzeć jak na pewien potencjał, który może być rozwijany i który jest charakterystyczny dla niego jako jednostki. Niekoniecznie trzeba sugerować się tym, co zwykle uznajemy za talent: piękną grą na instrumencie lub ponadprzeciętnymi zdolnościami zapamiętywania pewnych faktów z historii. Zdolnościami, według autora, mogą być kreatywność lub opór, mimo że nie zawsze będą one cenione lub tolerowane przez środowisko.

Szkoła, co przykre, często uczy przeciętności i dorównywania do średniej. Autor zauważa, że obecny system edukacji nie tylko ogranicza szanse rozwoju „mniej uzdolnionych”, lecz także nie radzi sobie z tymi „bardziej pojętnymi”. Dzieli się również spostrzeżeniem na temat absurdalności brania korepetycji z przedmiotów, które idą uczniom gorzej, zamiast uczęszczania na dodatkowe lekcje z przedmiotów, które idą mu świetnie. Jest to bardzo celna uwaga, o której warto pamiętać podczas planowania zajęć dodatkowych. O tym, że zajęcia dodatkowe powinny być wybierane i planowane przy udziale dziecka chciałabym nie musieć wspominać, jednak doświadczenie pokazuje, że bardzo często są to decyzje podejmowane kompletnie za jego plecami.

Zgadzam się całkowicie z tym, że nie mamy pojęcia, do czego przygotowujemy dzieci w wieku szkolnym i jak będzie wyglądał świat, gdy staną się oni dorośli. Kto 50 lat temu pomyślałby, że będzie można skończyć studia podyplomowe z zakresu User Experience i zajmować się projektowaniem stron internetowych czy aplikacji, gdy komputery dla przeciętnego człowieka były równie odległe co dla nas dziś oferty wycieczek kosmicznych? Kto wie, czy za kolejne 50 lat nie będziemy latać na wakacje na Marsa, a nowe zawody, które zrodzą się w wyniku takiej zmiany są dla nas w tym momencie zupełnie niepojęte?

Muszę przyznać, że z pewną ekscytacją czytałam ten pierwszy rozdział, bo podobne tematy są mi bardzo bliskie i często powracają w rozmowach z przyjaciółmi, którzy żywo interesują się edukacją i w niej pracują. Z takich przemyśleń – i z odrobiny buntu wobec obecnego systemu szkolnictwa – zrodziło się również nasze Stowarzyszenie. Gorąco w to wierzę, że nadrzędnym celem szkoły i współpracującymi ze szkołą rodzicami powinno być tworzenie takiego środowiska, w którym dziecko w atmosferze wolności, akceptacji i szacunku, może się uczyć, odkrywać i próbować, bez obaw, że błąd będzie niósł za sobą sromotne konsekwencje.

To czego się znowu czepiam?

Zacznę od tego, że pochylając się nad tą lekturą nie odkryłam niczego nowego na temat talentów czy wspierania potencjału młodych ludzi. Wcale nie dlatego, że tak wiele na ten temat wiem. Powodem tego wrażenia jest, jak wierzę, bardzo przejaskrawiony sposób widzenia świata i ludzi. Autor kilkakrotnie krytykuje rodziców, którzy decydują się w dzisiejszych czasach na dzieci, za zbyt managerskie podejście, narzucanie dzieciom zbyt dużej ilości obowiązków oraz przelewanie na nie pewnych oczekiwań i niespełnionych ambicji przy jednoczesnym zaniedbywaniu ich prawdziwych predyspozycji i zainteresowań.

W tym samym czasie autor wskazuje na to, że kiedyś było inaczej, ponieważ dzieci biegały po podwórkach nikomu przy tym nie przeszkadzając, rodziny wychowywały się razem w wielopokoleniowych domach i ludzie mogli na siebie liczyć. Bardzo wymowne było także odniesienie się do rodzin utrzymujących się z pracy na roli, które autor stawia jako przykład do naśladowania. A ja pytam: gdzie w tych rodzinach i w tych czasach było miejsce na rozwijanie indywidualnego potencjału? Dziecko, które wyskoczyłoby z pomysłem rozwijania się w zawodzie fryzjera, zostałoby natychmiast doprowadzone do porządku i upomniane, że farmą ktoś musi się w przyszłości zająć.

Nie odchodząc daleko od tematu rolnictwa, nie mogę nie wspomnieć o tym, jaki był pierwotny cel szkoły. Termin schola, zapożyczony z łaciny, oznaczał pierwotnie wolny czas. Dzieci, których codziennym zadaniem była pomoc rodzicom w opiece nad gospodarstwem, przychodziły do szkoły, by na chwilę oderwać się od szarej codzienności i pouczyć się o czymś zupełnie innym, nowym, niesamowitym i odległym. Mogła to być, obśmiana dziś przez memy czy demotywatory, budowa pantofelka lub czy omawianie dzieła Mikołaja Kopernika O obrotach sfer niebieskich.

Szkoła dziś – co obserwuję z bólem serca – jest łakomym kąskiem dla najróżniejszych ekspertów. A ekspertów lub nawet multiekspertów mamy naprawdę wielu – wystarczy popatrzeć na komentarze pod poczytnymi artykułami znanych portali – wszyscy znają się na wszystkim. Ta sama osoba, która godzinę temu komentowała parszywą grę polskiej reprezentacji, za chwilę komentuje ciężkie tornistry lub ilość prac domowych, jakie dostaje ich dziecko. I może mieć rację! Ale w tym wszystkim chodzi o to, by nie dać się zwariować. By czasem dać kredyt zaufania i pozwolić uzasadnić swoje racje. By grać do jednej bramki – rodzic, nauczyciel i dziecko.

Niestety, wywód Geralda Huthera i Uli Hausera, nie przypomina mi niczego ponad „eksperckie” lanie wody i narzekanie na to, co jest teraz i jak złe to jest oraz co było kiedyś i czego na nasze nieszczęście już nie ma. Uderzające jest dla mnie tak czarno-białe spojrzenie na kwestię niepełnych rodzin, które mogą kochać i dbać o potencjał dziecka co najmniej tak samo, jak każda rodzina składająca się z ojca, matki i dziecka. Stąd już tylko krok do stereotypów i uprzedzeń, nie tylko dotykających te rodziny, w których rodzice zdecydowali się na rozwód, ale również te, w których jedno z rodziców nie żyje lub wyjechało do pracy za granicę.

Nie podoba mi się również przytaczanie przykładów osiedli, na których mogą mieszkać wyłącznie osoby powyżej 45 roku życia z dziećmi w wieku co najmniej 16 lat i którzy nie mogą być odwiedzani przez swoje wnuczęta więcej niż 3 tygodnie w ciągu roku. Tak, kierunek tych zmian może wydawać się komuś nie do przyjęcia, ale czy ktoś kogokolwiek umieszcza na takich osiedlach na siłę? Jeśli chcę wyjechać do hotelu, w którym mam pewność, że nie będą mnie dochodzić odgłosy dzieci, to mam do tego prawo. Czytając tę pozycję, wiele razy powracała do mnie myśl na temat wyjątków od tych wszystkich reguł, które słyszałam w pracy z ludźmi. Zawsze, absolutnie zawsze, staram się widzieć daną sytuację z różnych perspektyw. Być może osoba wybierająca się na takie wakacje właśnie straciła dziecko lub wie, że nigdy nie doczeka się potomstwa, a wyjazd w ciche miejsce jest jednym z kroków w jej terapii? A może po prostu osoba ta odkładała na swoje wakacje całe życie i nie chce, by jej odpoczynek popsuły dzieci dokazujące przy basenie? A może… człowiek, o którym tu mowa, to nauczyciel, który produkowany przez dzieci hałas słyszy przez 10 miesięcy w roku i pragnie choć przez tydzień od niego odpocząć? 🙂

I jeśli ktoś choć trochę obserwuje moje internetowe wywody, to wie, jak bardzo jestem za tym, by pokolenia łączyły się we współdziałaniu. Zupełnie niedawno udostepniałam film, na którym było pokazane życie przedszkolaków, które odwiedzały osoby starsze i wspólnie spędzały czas, co okazywało się być bardzo wartościowe dla obydwu stron. Oczywiście, pod warunkiem że tego chcą.

Wiele jest prawdy w sformułowanych przez autorów tezach, ale też wiele goryczy, niekoniecznie znajdującej potwierdzenie w badaniach. Przeszłam cierpliwie przez rozwój prenatalny dziecka, opisane błędy rodziców, wyszczególnione błędy nauczycieli, wszystko to z nadzieją, by dostać choć jedną nową wskazówkę, choć jeden nowy przykład do naśladowania, choć najmniejszą inspirację. Nie doczekałam się.

Pocieszający wniosek jest taki, że thinkers will be thinkers, a doers i tak robią swoje. Z ręką na sercu szkoda byłoby mi czasu na pisanie takiej książki, która niczego nie zmienia poza narzekaniem na zastany stan rzeczy. Jak to mówią – od mierzenia jeszcze nikt nie urósł – ale wytykanie, co jest nie tak, też jeszcze niczego nie zmieniło. Trzeba się ruszyć i działać. Z tego powodu już w najbliższy poniedziałek w ramach Akademii Nauczyciela spotykamy się z nauczycielami gdańskich szkół, by porozmawiać o cnotach i siłach charakteru, opisywanych przez psychologię pozytywną, a także o tym, jak wspierać indywidualny potencjał ucznia.

Czym, do cholery, jest Hygge?

Czym, do cholery, jest Hygge? Tak mniej więcej brzmiało moje pierwsze pytanie, gdy na półki z bestsellerami popularnych księgarni wkroczyła książka o takim tytule. Już od samego słuchania o tym trendzie, miałam go serdecznie dość. Jakoś tak reaguję na rzeczy, które zbierają dzikie rzesze fanów, a jednocześnie można je sprowadzić do kilku prostych instrukcji, jak wieść szczęśliwe życie, które można sobie kupić za jedyne 39,99.

Czytaj dalej Czym, do cholery, jest Hygge?

Ponad granicami. Autostopem przez autyzm

Lekko licząc, pracowałyśmy razem dla kilkudziesięciu organizacji, prowadząc warsztaty, ale także współpracując ze sobą w placówce wsparcia dziennego czy w szkole. W końcu założyłyśmy stowarzyszenie, które niebawem obchodzić będzie swoje 2. urodziny.

 

Moim dzisiejszym kompanem rozmowy jest Ola Mońko, która poza realizowaniem się w roli psychologa w szkole Stowarzyszenia DAR dedykowanej dzieciom ze spektrum autyzmu, ma kilka ciekawych pasji, którymi dziś chciałaby się z nami podzielić.

Czytaj dalej Ponad granicami. Autostopem przez autyzm

Spojrzeć na świat przez czyjeś okno

Nazwa Szczęście i spółka do czegoś mnie zobowiązuje! Szczęście uważam za całkiem dobrze zaopiekowane na moim blogu, a więc pora na spółkę. Mam przyjemność ogłosić, że dzisiejszy wpis powstaje właśnie na spółkę i jednocześnie stanowi w tych wirtualnych progach początek nowej przygody. Przygody tworzonej z ludźmi ciekawymi, głodnymi odkryć, chętnymi do dzielenia się. W związku z powyższym przedstawiam Wam Kamę Lachowicz – trenerkę, działaczkę i pasjonatkę szeroko rozumianej sztuki komunikacji. W tym tajemniczym stwierdzeniu zawiera się przede wszystkim zainteresowanie improwizacją, storytellingiem oraz Komunikacją bez Przemocy, o której jest dzisiejszy wpis.

Czytaj dalej Spojrzeć na świat przez czyjeś okno

Gra dla par

Wiecie co? Opłaca się jednak utrzymywać porządek w papierach 🙂

 

Ostatnio dostałam wiadomość od jednej z uczestniczek moich warsztatów o szczęściu. Zwróciła się do mnie z prośbą o podsunięcie jakiegoś sposobu, który ułatwiłby w jej związku otwartą rozmowę na tematy potencjalnie problematyczne w jej związku, dotyczące m.in. wspólnej wizji przyszłości. Z radością przyjęłam to, że obydwoje szukają rozwiązań i są entuzjastycznie nastawieni do różnych form pracy ze sobą i nad sobą.

Czytaj dalej Gra dla par

Rozmawiać, współodczuwać, rozumieć

Ostatnio obserwuję sobie takie zjawisko, które wywołuje we mnie dużą wesołość. Różni ludzie pytają mnie, jak się czuję po dwóch tygodniach pracy w nowym miejscu.

 

– Jakich metod pracy używasz w nowej szkole?

– Po prostu jesteśmy razem i rozmawiamy. Gdy ktoś chce się czymś podzielić i jest na to gotowy, to mówi, a jak nie chce, to nie. Ja to moderuję i wspieram w poszukiwaniu ich zasobów, tego co może być w nich dobre i co warto pielęgnować.

 

I teraz w zależności od tego z kim rozmawiam, słyszę:

– Super! Widać, że żyje w Tobie psychologia pozytywna!

Albo:

– No i to jest właśnie montessoriańskie!

A czasami:

– Czyli tak coachingowo sobie z nimi pracujesz!

I od czasu do czasu:

– Świetnie, w TSR też jest podobna filozofia w podejściu do człowieka!

 

A dla mnie to po prostu ludzkie. Dać sobie nawzajem czas. Pozwolić dojrzeć do czegoś. Nie podsuwać gotowych rozwiązań. Pozwolić popełnić błąd i wyciągnąć wnioski.

 

I już się dzieje. Bez przyspieszania i sztucznego tworzenia jakichś ram, co i kiedy ma się wydarzyć, jakie efekty mają się wydarzyć w listopadzie, a jakie w maju.

Czytaj dalej Rozmawiać, współodczuwać, rozumieć

Pięć kroków do odkrycia zmysłów na nowo: słuch

Nie udało Ci się przybyć na nasz warsztat „Explore your senses”? No cóż, spod moich palców nie przejdzie mi „nic straconego”, ale zdecydowanie wszystko jest do nadrobienia! 🙂

Niebawem będziemy ogłaszać kolejne okazje do spotkań, a tymczasem zapraszam Cię do przeczytania pierwszego z krótkiej serii wpisów, które właśnie o uważności i odkrywaniu zmysłów będą. Tym razem bez dzielenia się refleksjami, a jedynie krótkimi i prostymi sposobami, które mogą być okazją do rozpoczęcia lub pogłębienia przygody z byciem tu i teraz.

Czytaj dalej Pięć kroków do odkrycia zmysłów na nowo: słuch

Optymizm. Dlaczego nie lubię tego słowa?

Optymizm. Muszę przyznać, że mam uczulenie na to słowo. Nie bez powodu.

Dla wielu ludzi pierwsze skojarzenie z optymizmem to „nie martw się, wszystko będzie dobrze”. Można to ująć jako błędne przekonanie lub utarty slogan, który jest bezradnie powtarzany przez kawał społeczeństwa, bo wciąż nie wiemy, jak inaczej reagować na czyjś smutek lub ból.

Korzenie optymizmu sięgają  filozofii i poglądu głoszącego, że zastany przez nas świat jest najlepszym z możliwych, życie jest dobre, a my jesteśmy zdolni do szczęścia i moralności. Pachnie utopią.

Zacznijmy zatem od wyjaśnienia różnicy pomiędzy zdrowym i niezdrowym optymizmem, dotykając tym samym różnic pomiędzy psychologią i pop-psychologią.

Czytaj dalej Optymizm. Dlaczego nie lubię tego słowa?

Wasztat „Explore your senses”

 

8 września w Parku Rady Europy w Gdyni w ramach Slot Pomorze odbędzie się warsztat „Explore your senses”, który będę miała przyjemność dla Was poprowadzić wraz z Baptiste Saunier 

To będą dwie godziny tylko dla nas. Porozmawiamy o zmysłach, muzyce, czerpaniu energii z natury i dostrzeganiu piękna w codzienności, ale przede wszystkim stworzymy sobie przestrzeń do doświadczania i bycia razem. 

Warsztat odbędzie się w języku angielskim, ale zapraszamy Cię niezależnie od tego, na jakim poziomie go znasz – nie będziemy tego sprawdzać  Najcenniejsza jest Twoja obecność, a ona jest ponad barierami językowymi.